Szukaj

Czekam na cud. Jan Darowski

Cytując wiersz Jana Darowskiego Post mortem, Czesław Miłosz w Tygodniku Powszechnym komentował: żaden tak gorzki i okrutny wiersz nie został napisany w Polsce, a następnie dodał: czytelnicy krajowi nie znają ani nazwiska Jana Darowskiego, ani wielu nazwisk poetów piszących poza krajem.

Jan Darowski urodził się w 1926 roku w Brzeziu na Górnym Śląsku, był drukarzem i kontrolerem w angielskiej fabryce broni. Jest autorem dwu zbiorów poezji Drzewo sprzeczki (Londyn 1969) oraz Niespodziewane żywoty (Londyn 1990). Związany z grupą młodych londyńskich poetów publikował wiersze i prozę w miesięczniku Merkuriusz Polski, Kontynenty, Oficyna Poetów i paryskiej Kulturze. Przekładał poetów polskich na język angielski.
Być może, że Miłosz przypomniał sobie w roku 2003, jak świetnie Darowski kilkadziesiąt lat temu przełożył jego wiersze. Zauważył to dawno temu Aleksander Janta, który w liście do wydawcy kwartalnika Oficyna Poetów i Malarzy Czesława Bednarczyka napisał: Gratuluję numer. Darowskiemu zwłaszcza Miłoszowskiej wkładki. Czesław (sądzę, że miał na myśli Miłosza – FS) powinien się puszyć. Bardzo dobre wiersze. Poeta w poetę! A za najlepszego tłumacza poezji polskiej na język angielski uważał go także Kazimierz Wierzyński.
Do przekładania Darowski podchodził bardzo sumiennie i poważnie. Kiedyś przesłał mi swoją angielską wersję jednego z moich wierszy, dodając prosto, że z tego chyba nie wycisnę już więcej. Natomiast inny tekst jeszcze zatrzymał skarżąc się, że ma z nim nadal kłopoty. „Intencja” tego wiersza jest dla mnie wciąż niejasna, a póki się tego nie wie, albo nie odgadnie, to nie ma co marzyć o śmiałym, rzetelnym przekładzie tj. w sensie prawdy ducha, a nie litery. Poczekaj jeszcze, zaufaj mi, może Ci się to opłaci. W innym miejscu przypomniał: A pewne jest, że tłumacz musi wiedzieć dużo, dużo więcej niż autor, który często nie zna (i nie musi znać) źródeł swych inspiracji i dróg, którymi doszedł do wyrazu. Tłumacz musi je znać, tj. wytropić lub trafnie odgadnąć.
Ja Darowskiego pamiętam zwłaszcza z wystąpienia o niemożności pisania prozy na emigracji. Zachłyśnięci niewielkimi sukcesami poetyckimi na obczyźnie, chwaleni za dobre opanowanie języka gospodarzy, snuliśmy marzenia o możliwościach pisarzy dwujęzycznych, zachęceni ponadto pomyślnymi próbami starszych naszych kolegów jak Jerzy Pietrkiewicz. Darowski wylał nam wtedy kubeł zimnej wody na gorące głowy, a sam tytuł Nieobecność i kara sugerował kategoryczne odsądzenie od wszelkich możliwości.
Kolega nasz perorował: W jakim społeczeństwie jesteśmy dostatecznie obecni, aby móc być jego nie tyle prawdomównymi, co autentycznymi świadkami. Do Polski należymy przez język i z konieczności przeżywamy jej sytuację historyczną jako serię abstrakcyjnych pojęć, jako sytuację zasadniczo językową. Nasze obcowanie ze społeczeństwem brytyjskim jest „obcowaniem” głównie w tym sensie, że  jesteśmy wobec siebie wzajemnie obcy. Mówimy dobrze po angielsku, co nie znaczy, że oni nas są w stanie zrozumieć, i odwrotnie. Żyjemy w nim jako niemi świadkowie, świadkowie nie przez kategoryczny imperatyw, a przez redaktorską asygnację… Bo faktem jest, że wlazł kotek na płotek i mruga i nie może się zdecydować, na którą stronę zeskoczyć. Nie jesteśmy obecni na żadnym podwórku i nie doświadczymy żadnego psa. Raczej wybraliśmy sytuację językową, czyli o ile chodzi o prozę, pustosłowie. Aby działać w społeczeństwie brytyjskim, trzeba nam było pożegnać się z polskim podwórkiem, zatkać uszy na jego gwar, tłumić w sobie celowo i systematycznie wszystkie atawizmy z niego pochodzące, przynajmniej do czasu zapuszczenia korzeni w nowym społeczeństwie. Albo trzeba było wrócić do Polski raz na zawsze, absolutnie i bez zastrzeżeń i zacząć od nowa. Bez wspólnego języka z Anglią i bez wspólnej treści z Polską – żegnaj nasza prozo.
Darowski był jednym z najciekawszych młodych poetów londyńskich, którzy w połowie ubiegłego wieku pojawili się na horyzoncie emigracyjnym. W pierwszym tomiku głosił:

Klucz ma też swoje chóry
jeśli go wrzucić w dość głęboką studnię
i o nim zapomnieć

śpiewa wtedy zatopione pieśni Atlantis
i piękny jest
i jego żurawie wracają

W późnych latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych brał istotny udział w budowaniu i uświetnianiu pism młodych w Londynie: Merkuriusza, a później Kontynentów. Oryginalny poeta i doskonały krytyk wniósł świeże, odważne spojrzenie, niebanalną myśl, wiele serca oraz gruntowną znajomość warsztatu drukarskiego. Przy tym wszystkim był skromny, a nie wysuwając siebie i mało zabiegając o druk, pozostał mniej znany czytelnikom.
Cytowany wiersz pochodzi ze zbioru Drzewo sprzeczki nagrodzonego na konkursie im. Tadeusza Sułkowskiego w 1968 roku. Proces twórczy Darowskiego to mozolne wyszarpywanie z siebie gorzkich słów, to ustawiczne przezwyciężanie grzęzawisk emigracyjnego, niedopolszczonego, odciętego od pnia języka. To walka o ostry profil rzeczywistości tam, gdzie zamazują się kontury i panoszy się umywanie rąk od obowiązku. Nie ma on jednocześnie złudzeń co do wagi literatury w dzisiejszym świecie. Ubolewając nad utratą pierworodztwa, godzi się z melancholią gorzkiego doświadczenia na jej funkcję podrzędną, na jej los służebnego zabawiacza. Bo cóż, powiada, ma poeta dzisiaj do zaofiarowania równego zdobyczom w medycynie, astrofizyce, biochemii czy informatyce?
Unikał ludzi, którzy chcieli krytycznie roztrząsać jego twórczość. Radził bardzo dokładnie czytać swoje teksty krytyczne, by zainteresowani mogli zrozumieć, czym to zabawiał się „kalamburyzując” tyle we wczesnych wierszach i dlaczego dalej tej metody używał. Tą techniką – i tylko dzięki niej – zrodziło się „Moje, święcone” i nie mam żadnego powodu wstydzić się nawet dzisiaj tego wiersza… Nie myślę, że powie to wszystko dosadniej i zwięźlej inną techniką. I rzecz całkowicie pozostaje w konkretach, co zawsze było dla mnie bardzo ważne. Dlatego się jej nigdy nie wyrzeknę, cokolwiek mogą mieć do powiedzenia o niej nasi „krytycy”. Zresztą nie umiałbym, bo ta jest właściwa moim procesom myślowym i wyobraźni słuchowej, nawet często w prozie.
Posyłałem mu nieraz książki i artykuły. Dziękował, ale często się przed nimi bronił. Raczej odkładał je na później. Usprawiedliwiał się, że nie wolno mu tego czytać: Nie chcę żadnych zewnętrznych ingerencji i „interferencji” na pewnych falach aż skończę „Unsere”. Każda książka zostawi po sobie ślad, a tu chciałbym napisać tylko z własnego życia.
Czuł wrodzoną niechęć do wszelkiego rodzaju manipulatorów, do ludzi pasożytujących na języku, potępiał ich sztuczność, ich żargon, którym podreperowują braki w ich sylwetce. Stoicko akceptował dole i niedolę pisania na emigracji.
Ja myślę, że nic nie jest dla nas stracone, prócz kilku złudzeń – których ja sam chyba nigdy nie miałem – i że należy dalej pracować jak gdyby wszystko było w porządku, tj. jeśli się ma potrzebną do tego wiarę w sam sens pisania. Reszta się znajdzie, chociaż niekoniecznie zaraz. I nie tak jak pewni ludzie sobie zamarzyli. Wiem, że życie jest pełne pięknych niespodzianek i nie należy niczego w życiu chcieć za bardzo i odmawiać życiu zdolności dania nam lepszych jeszcze rzeczy do intrygami i kompromisami zdobytej „sławy”… Zaś sława to przecież kula u nogi dla naprawdę próbującego coś stworzyć człowieka. Zdobywa się ją, i potem wszystko już w dół idzie. Wszędzie naokoło to widzę. Zresztą, kto ją najczęściej w naszych czasach zdobywa, jak nie obrotni w słowach, gotowi iść po trupach, rzutcy paseiści?
Jak wielu emigrantów wojennych Darowski dziwił się uciekinierom z Peerelu, którzy zjawili się na Zachodzie z wielką pretensją do swojej ojczyzny. Żal do kraju – w odróżnieniu np. od klik rządzących – był po prostu dla nas niemożliwy. Emigranci wojenni nie pozostawali tutaj ani nie przybyli do jakiejś lepszej koniunktury, chyba że wiązała się ona z całą Polską, tak na wojennym polu bitwy, jak później, ideologicznym. Przez lata biedowali i bardzo boleśnie odczuwali rozłąkę z krajem, aż czas to jakoś zaleczył lub śmierć ich „pozwalniała z warty”. Nie przegnały ich „tylko puste w Polsce sklepy”.
W obliczu ciężkich doświadczeń życiowych, osobistych kłopotów i zdrowotnych zapaści, Darowskiemu konieczne były jakieś bodźce zdolne go zmobilizować mimo wszystko i wesprzeć jego silną wolę tworzenia. Próbowałem odegrać taką rolę animatora i kilka razy udało mi się poderwać go do nagłego wysiłku. Jeden z takich zrywów nastąpił w 1992 roku, kiedy zamierzałem w Toronto zmontować kwartalnik literacki. Darowski dał się ponieść entuzjazmowi. Zapewniał: Na materiały ode mnie możesz liczyć do śmierci (mojej) – mam wiersze, sporo prozy i kto wie, czego by się jeszcze nie skrobnęło? Mnie się pisze najlepiej reagując na coś, a co może być bardziej mobilizującego niż zachęta od redaktora? Takiego któremu się ufa.
Kiedy po daremnych próbach musiałem zawiadomić Darowskiego, że Wacław Iwaniuk nie dopuścił do ukazania się pisma, otrzymałem spokojną odpowiedź: Nie martw się o dziurę w moim sercu. Istotnie szkoda; że pisma nie będzie, lecz wiedz, że rozkręciłeś mnie na całego samą perspektywą możliwości jego istnienia. Takich 3 miesięcy nie miałem od blisko 20 lat, a myślałem, że już koniec, że wykończyli mnie na zawsze tymi operacyjnymi anastetykami. Sam sobie byłem rewelacją i żyłem jakby w odurzeniu świadomością odzyskanej siły. Bez trudu napisałem całkiem nowy esej, machnąłem dłuższą rzecz dla kraju – wywiad z Pytaszem – i wykorzystałem te językowe notatki porobione dla Chmielowca, a których Ci pisałem, że jaka to szkoda, iż nie będę miał sił z nich skorzystać, bo „nie ma już świętego ognia”. Nonsens. Tylko we mnie inteligentnie podmuchać, tak jak Ty podmuchałeś! Po namyśle, może szkoda, że ten Twój ostatni list tak samo nie zawieruszył się w poczcie, miałbym jeszcze z jeden miesiąc błogiej ignorancji i takiego wręcz demonicznego pisania, jakie dzięki Tobie miałem. A tak wszystko we mnie zaraz oklapło i pocieszam się tylko tym, że to, co się zrobiło, pozostanie zrobione i kto wie, kiedy może się przydać. Ale najbardziej chyba raduję się świadomością, że mój mózg nadal umie pracować na najwyższych obrotach.
W odróżnieniu od pozostałych kolegów z grupy poetyckiej nie odwiedził po wojnie swoich rodzinnych stron. Kiedy uporał się z osobistymi problemami, zaistniały przeszkody zdrowotne wykluczające podróże. Jeszcze w liście z 1993 roku donosił: Może pojadę w końcu do Brzezia w tym roku, bo już mam papiery na wyrobienie sobie polskiego paszportu. Angielskiego nie mam. Otóż wyobraź sobie, że w wielu naszych gminach pokradziono z probostw księgi chrztów i ślubów do 1939 roku… Z ksiąg tych robiono ponoć, za ciężką forsę fałszywe papiery dla warszawskich „Ślązaków-autochtonów”. Na wieść o moich ciągłych wojażach do Polski i pokusach, by wrócić tam na stałe, napisał: Na Twoim miejscu, ani na chwilę bym się nie wahał i gdyby nie Ola i Michał to serio rozważyłbym osiedlenie się w Krakowie, za którym Basia przepada.
Przekreśliły te plany ciężki udar i inne ataki, wymagające nie tylko stałej opieki, ale także regularnych badań. Darowski musiał się pożegnać z myślami o zobaczeniu Brzezia. Pozostały odwiedziny rodzinne. Wizytę siostry z Polski określił dość bezceremonialnie przeżywaniem nie tyle mitów ile baśni. Jedyny rezultat pozytywny tej wizyty to to, że przestałem tęsknić do przeszłości. I tak jej nie ma, prócz w mojej głowie, gdzie lepiej, żeby została niezmącona – tam przynajmniej może coś twórczego z niej jeszcze wyniknąć. Nie ma sensu konfrontować przeszłości z teraźniejszością, teraźniejszość niewiele na tym zyskuje, a przeszłość wszystko traci tj. wszystko, co w niej dynamiczne, zapładniające wyobraźnię.
Spytałem go kiedyś, czy posiada wiersze poświęcone małej ojczyźnie, a więc Śląskowi – czy jego wsi rodzinnej, Brzeziu. Odpowiedział:  Tylko jeden wyraźnie, ale wiele innych jest inspirowanych z Brzezia i dwa przynajmniej wymieniają go z nazwy. Ten „wyraźnie” widocznie nie jest dość wyraźny wg kanonu pisania u nas regionalnych wierszy i chwilowo nie widzę ludzi, dla których będzie ważny. Może kiedyś, gdy zupełnie przeminie tamten kopalniano- hutniczy świat i stanie się legendą. Tymczasem przeczytaj sobie jeszcze raz „Powroty”. Kto to są ci, którzy o „Eos różnopolacej nie słyszeli nigdy”? Jeśli nie widzisz tu „prostych” ludzi, hut, kopalń, trudów i śmiertelnych niebezpieczeństw w codziennym życiu, tej starości na działce podmiejskiej czy w wiejskim ogródku, tych niespełnionych marzeń i przegranych lat, to co możesz tam widzieć? Ja myślałem o naszych ludziach, którzy szli do kopalń i fabryk polnymi drogami, latem czy zimą, pieszo, po kilkanaście kilometrów o ciężkich szychtach, sześć dni w tygodniu, „między Scyllą chłodu i Chartbdą głodu”, „ścięgnami przywiązani do swych kręgosłupów”, ich dzieci w uszach wosk przeciwko końca trzymać się trudnej życiowej drogi, ginąc w walących się sztolniach, a gdzie indziej od wylewających się z hutniczych pieców strumieni żelaza, bo takie było już u nas życie. Przeczytaj ten wiersz jeszcze raz z tym kluczem. Wziąłem odważnego i cierpliwego Odyseusza na katalizatora tych uczuć i epicki język Homera sam się w to wsunął. Bo w jakim języku miało to być wyrażone? Zapewne niektórzy nasi górnośląscy patrioci woleliby coś bardziej swojskiego. […]
Ale dla mnie życie naszych ludzi było bardzo (bo bezwiednie) heroiczne i język, który się temu narzucił, zupełnie mi odpowiada. Nie czuję w nim fałszu ani nawet przeciągania. Dlaczego nasz wschodni harczekosiej może zasługiwać na epicki język, ale nasz górnik nie? Nie wszystko w Homerze jest o bogach i herosach. Pulsują też życiem w jego heksametrach „zwyczajni” ludzie: służba, rybacy, rolnicy, i nie są mniejsi dla mnie niż ci szlachetni tam zabijacy. Mało mnie obchodzi, co o tym powie albo nie powie, jakiś krajowy krytyczyna. Życie tych ludzi sprowadza się do bezkonsekwentnej żonglerki słowami i manufaktury „uczonego” żargonu dla zadziwienia studenterii, ale prawdziwej kultury literackiej nie mają. Ilu z nich dzisiaj jeszcze wie, skąd rodem ta „Eos różanopalca”, i co zrobił Odyseusz w polu z tymi wołami, gdy odciągano go od młodej żony i dziecka na wojaczkę?
Wiersz poświęciłem Arturowi Pohlowi, mojemu wychowawcy i nauczycielowi polskiego języka. Jemu to, oprócz matki, najwięcej z wszystkich ludzi na świecie duchowo zawdzięczam. On otwarł moją chłopięcą głowę na świat twórczego słowa i już postawiłem mu wdzięczny, a wesoły pomnik w Brzeiu – listem do siostry – który został przeedukowany i ponoć spodobał się wszystkim, szczególnie nauczycielom. […]
Wiersze brzesko -”górnośląskie” – i prozę -pisywałem, pisuję i będę pisywał zawsze, bo ten świat jest moim „kamieniem probierczym” wartości wszystkiego w życiu, szczególnie w polskim. Tyle, że moja głowa nie mogła nigdy zmieścić się w Brzeziu.
Moja siostra zafundowała sobie telefon i teraz rozmawiamy dość często. Powiedziałem jej, że moje serce zawsze należało i będzie należeć do Brzezia, ale głowa nie… Przypomniałem jej, że nigdy nie należała, nawet, gdy byłem chłopięciem w Brzeziu, ale zawsze latała po wielkim świecie. „Tak to było”, zawołała, „tylko mama umiała nadążyć za tobą”. Co znowu przywołało mi matkę, bardzo religijną kobietę ze wsi z szkołą podstawową, ale nie spotkałem w życiu mądrzejszej ani bardziej kulturalnej. Jej czytanie nam książek – zwykle religijną puentą i na jakimś wielkim historycznym tle – jej pisemko „Sodalis Marianus” z jego informacjami o dalekich krajach i ludach i o misyjnym życiu, były najważniejszymi kluczami do świata w mojej dziecięcej głowie. Np. Joanna d’Arc. Co za wspaniały klucz do historii europejskiej, jeśli tylko przekręcić go we właściwej głowie! Moim cerdo jest i zawsze było, że najwięcej zrobić dla Brzezia- i pamięci matki – pisząc o całym świecie, o całej ludzkości i wszystkich jej sprawach przeszłych, teraźniejszych i w miarę przewidująco o przyszłych.
Złe zdrowie z czasem zaczęło ograniczać Darowskiego coraz bardziej. Starał się nie poddawać i pisać nadal. Stało się jednak oczywiste, że nasza korespondencja w tak tragicznych warunkach musiała się skończyć. Ostatni ręką pisany list z grudnia 1997 roku doniósł o jego sytuacji obrazowo:
Otóż którejś nocy wpadłem do jakiegoś głębokiego dołu i leżę na dnie. Gdzieś wysoko nade mną dzieje się życie i nawet czasem słyszę swoje imię. Ale cóż z tego. Trzymam się za pokaleczony łeb i słucham nieustannego w nim szumu, od którego nie ma nigdzie ucieczki. I czekam na cud.
Tego cudu należy mu jak najbardziej życzyć.

Florian Śmieja, Czekam na cud. Jan Darowski, [w:] List oceaniczny, Nr 60/2007, Toronto.

zobacz również artykuły związane z Janem Darowskim na portalu raciborz.com.pl